Kiedy poznaję nowego mężczyznę i zaczynam się nim interesować, wyobrażam sobie, że nigdy kogoś takiego nie znałam, nie poznałam, że to absolutne szczęście, że poznałam taką osobę, kogoś takiego, z kim przeżywam jakieś pierwsze razy, z kim pozwalam sobie na nowe zachowania, z kim nie czuję się jak z nikim innym.

Ale to znika, wcześniej lub później. 10 lat temu miałam być dla kogoś na zawsze. 9 lat temu mieliśmy tylko siebie, 8 lat temu poznałam kogoś, z kim wciąż „jestem”, choć tamtego ani Ciebie już nie ma. Od roku jest on, choć na raty, z przerwami, z nie wiadomo jakimi szczerymi chęciami.

Dawał mi dużo bezpieczeństwa… do czasu.

Dawałeś mi dużo wolności… do czasu kiedy ja nie pozwalałam Ci także z niej czerpać.

Daje mi poczucie bliskości… wciąż.

A on, ten nowy, ten C., ten „roczny” wyzwala we mnie poczucie dorosłości i dojrzałego dbania o relację z drugą osobą. W takim rozumieniu pozwalam sobie na wolność i nie wymagam od niego uwiązania się do mnie. Pojmuję, że im dam mu więcej wolnej woli, tym bardziej będzie chciał przyjść do mnie sam. Choć ja mam swoje granice i on doskonale wytycza nasze relacje. To taka mądra i dojrzała uważność na drugą osobę, gdzie czuję się szczęśliwa, gdy jest przy mnie, ale nie wyrywam sobie włosów z głowy, kiedy go nie ma. Choć czasem tak jest, bo jego choroba zmusza mnie do myślenia, że może nagle umrzeć, a ja nie dość, że nie będę w tych chwilach blisko, nie zdążę się z nim pożegnać, to mogę się niezbyt wcześnie o tym dowiedzieć. Wiele przed nami jeszcze do poznania, wiele do wywalczenia, by nie było to tylko 3 lub 5 lat naszej znajomości, a potem to coś go zabije… i tylko coraz bardziej i coraz częściej chcę mu powiedzieć coś, co w końcu potrafię ubrać w piękne słowa i gdyby się spełniły dały by mu kolejne powody do walki, a mi szczęście, jakiego żaden mężczyzna jeszcze nigdy mi nie dał…