C. dziwi się, kiedy mówię mu, że potrzebuję swoistego bicza na sobą, kogoś lub czegoś, co mnie pionuje, kiedy zaczynam się zachowywać  w sposób mało racjonalny. Dziwi się, bo jest starszy o prawie dziesięć lat i być może z jego punktu widzenia, pewne rzeczy człowiek sam wie, jest ich świadom. Nie jest mną, nie jest kobietą i choć wyczuwam w nim taką osobę, która w przyszłości zapewne potrafiłaby zatroszczyć się o mnie, wciąż na to za wcześnie. Za wcześnie, bo choć z jednej strony znamy się i dogadujemy znakomicie, to wciąż jest totalny początek znajomości i choć prawdopodobnie powiedzieliśmy sobie sporo rzeczy życiowych, nie przegadaliśmy nas, jako ludzi, nie opowiedzieliśmy sobie swoich wad w taki sposób, żeby zacząć się nimi przejmować… bo wciąż jesteśmy sobie obcy. Tak naprawdę to cieszę się, że postanowiliśmy nic nie postanawiać, nic na siłę nie zmieniać, nie obiecywać, nie deklarować, niech nas prowadzi to, co się dzieje. Tak, z jednej strony cudownie mieć osobę, która napisze do ciebie z rana lub na dobranoc, ale chyba jeszcze za wcześnie na mówienie rzeczy takich, jakie wie o mnie D. On jest moją podporą, moim pionownikiem, osobą dzięki które pewne rzeczy stają się banalnie proste… a C. jest jeszcze osobą, przed którą się trochę odsłaniam, ale jednocześnie staram się jeszcze ukryć, „pokazać”, wystroić. Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć milionową ilością wiadomości, pewne rzeczy muszą dziać się w czasie tak, aby móc ocenić je w biegu naszych różnych słabszych dni, różnych dodatkowych problemów… lub tęsknot. Czy już za nim tęsknię? Nie, choć przyznam że troszkę byłoby mi teraz przykro, gdyby nagle zabrakło jego osoby… jeszcze nie, jeszcze dajemy sobie czas, nie spieszyć się z pewnymi słowami lub uczuciami. Niech one rosną w nas obojgu, dojrzewają razem z naszymi kolejnymi potyczkami życiowymi. Tak naprawdę tylko tak można uznać, że ktoś może być w naszym życiu dłużej niż tchnienie motyla… Tak jak D., który jest od już prawie siedmiu lat i choć wiem, że dla niego to nie będzie jakaś wielka feta, to dla mnie, po kobiecemu uśmiechnę się do tych pierwszych naszych przegadanych godzin i pomyślę, że „dobrze, że jesteś, D.”